Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Tag: starość

Uważaj jak chodzisz

Ze sposobu w jaki się poruszamy, naukowcy potrafią wyciągnąć zadziwiającą ilość informacji. Osoby, które obserwują model chodu charakterystyczny dla mężczyzn mają wrażenie, że postać się do nich zbliża. Równocześnie gdy obserwują chód żeński, wydaje im się, że postać się oddala.

Ze sposobu w jaki się poruszamy, naukowcy potrafią wyciągnąć zadziwiającą ilość informacji. Osoby, które obserwują model chodu charakterystyczny dla mężczyzn mają wrażenie, że postać się do nich zbliża. Równocześnie gdy obserwują chód żeński, wydaje im się, że postać się oddala.

Amerykańska firma Visionics opracowała system który potrafi analizować twarze. Zainstalowany w centrum monitoringu miejskiego (czy lotniskowego) „wyławia” z tłumu przechodniów osoby które ma w swojej bazie danych. Rozpoznaje je po rozstawie oczu, kształcie ust czy wysokości czoła. Czy istnieje lepszy sposób na znalezienie osoby poszukiwanej ?

Chód świetlnych punkcików

Oprogramowanie Visionics, ale także aplikacje wielu innych firm zajmujących się szeroko rozumianym bezpieczeństwem, potrafi znacznie więcej. Automatycznie wykrywa osoby, po… sposobie chodzenia. Może np. z tłumu wyłowić osobę, która pod kurtką niesie coś ciężkiego. Jak to robi ? Za dogłębne przeanalizowanie chodu kobiet i mężczyzn zabrali się badacze z Southern Cross Univeristy w Coffs Harbour (w Australii). Wyniki ich badań opublikował tygodnik „New Scientist” oraz czasopismo „Current Biology” (vol 18, R728-R729). Czy kobiety i mężczyźni poruszają się inaczej ? To oczywiste, ale jak matematycznie opisać i zmierzyć te różnice ? Najpierw naukowcy sfilmowali chód 50 kobiet i 50 mężczyzn, a następnie, komputerowo każdy staw (biodrowy, barkowy, łokciowy,…) badanej osoby zaznaczyli jako świecący punkt. Z filmu przedstawiającego poruszającą się postać powstała animacja poruszających się punktów świetlnych, a równocześnie biblioteka chodów ludzkich. Zbiór sposobów w jakich poruszają się ludzie.

Okazało się, że nawet powierzchowna analiza pozwala wyłapać charakterystyczne cechy męskiego i żeńskiego chodu. To ważne, bo jeżeli problem da się opisać matematycznie, jest też nadzieja, że uda się go przełożyć na język rozumiany przez komputery. Po sposobie chodzenia można też określić wiek obserwowanego. Głębsza analiza pozwala powiedzieć w jakim jest nastroju i czy jest zmęczony, jakie ma wady postawy i czy dźwiga coś ciężkiego. Stosunkowo łatwo jest też określić czy obserwowany kuleje czy tylko udaje (to ważne wtedy gdy ktoś chciałby zmylić system monitoringu). Te wszystkie informacje są niezwykle ważne dla służb, która zajmują się bezpieczeństwem, ale mogą być też wykorzystywane przez psychologów.

Odchodzi czy przychodzi

Szef grupy badaczy Rick van der Zwan chód najbardziej kobiecy porównał do poruszania się koni w czasie parady. Zauważył, że panie podnoszą wysoko kolana a stopy stawiają jedna za drugą w tej samej linii. Jak zatem wygląda chód typowo męski ? Wg autorów badań można go porównać do toczenia się.

Przy okazji badań badacze zauważyli bardzo ciekawą prawidłowość. Osoby, które obserwują model chodu charakterystyczny dla mężczyzn mają wrażenie, że postać się do nich zbliża. Równocześnie gdy obserwują chód żeński, wydaje im się, że postać się oddala. Dlaczego tak się dzieje ? Trudno powiedzieć, ale autorzy spekulują, że odpowiedzi należy szukać w ewolucji. – Gdy zauważymy mężczyznę i nie mamy pewności czy się do nas zbliża czy oddala, lepiej założyć to pierwsze – powiedział Zwan. Dlaczego ? Bo naszym dalekim przodkom bezpieczniej było w takiej sytuacji przygotować się do ucieczki albo konfrontacji niż później żałować. Dlaczego w takim razie chód kobiecy kojarzy nam się z oddalającą postacią ? Choć to znowu przypuszczenie, autorzy także w tym przypadku wskazują na ewolucję. „Kiedy jest się małym dzieckiem i nie do końca jest się pewnym czy mama stoi przodem do nas czy odchodzi, prawdopodobnie bezpieczniej jest założyć, że jednak odchodzi, aby być gotowym do pójścia za nią” – tłumaczy van der Zwan.

Kto zwraca uwagę na chód ? Modelki, aktorzy,… Okazuje się, że nawet ze stawiania nogi za nogą specjaliści potrafią wyciągnąć zaskakujące wnioski. Wnioski dotyczące nas dzisiaj i nas przed wieloma wiekami.

Tomasz Rożek

Brak komentarzy do Uważaj jak chodzisz

Technologia demencji z pomocą

To, że nasz świat się starzeje wiedzą wszyscy. Ale niewiele osób zdaje sobie sprawę z konsekwencji z jakimi się to wiąże. Przed ogromnymi wyzwaniami stoją służba zdrowia i publiczne usługi.  Ale także system ubezpieczeń społecznych i… architektura.

>>> Polub FB.com/NaukaToLubie to miejsce w którym komentuję i popularyzuję naukę.

Każdy chyba intuicyjnie czuje, czym jest tzw. inteligentny dom (mieszkanie). To miejsce – w największym skrócie – które dostosowuje się do człowieka. I to na każdym z możliwych poziomów. Do człowieka i dla człowieka. Inteligentne domy wiążą się z tzw. internetem rzeczy i w przyszłości będą czymś oczywistym nie tylko dla osób starszych. Tyle tylko, że tak jak osoba w pełni sił obejdzie się bez udogodnień w swoim mieszkaniu, tak osoba starsza, z ograniczeniami fizycznymi a czasami także psychicznymi, może mieć z tym problem.

Kilka lat temu pracujący w brytyjskim Uniwersytecie Bath uczeni zabrali się za urządzanie wnętrz. Tym razem zamiast architektów czy dekoratorów pierwsze skrzypce grali jednak inżynierowie i informatycy. I tak powstało być może pierwsze mieszkanie nafaszerowane nowoczesnymi technologiami, które zostało zaprojektowane specjalnie dla osób, które z powodu demencji czy urazów cierpią na zaniki pamięci.

Osoba cierpiąca na zaburzenia pamięci czy ograniczoną zdolność do zapamiętywania informacji jest uzależniona od innych. Ktoś musi przypilnować czy podopieczny sam nie wychodzi z domu (często nie zdając sobie sprawy dokąd się wybiera), sprawdzić czy zamknął okna (szczególnie, gdy na zewnątrz jest zimno) lub czy zgasił światła, gdy idzie spać. Ktoś musi także skontrolować czy wyłączył kuchenkę po podgrzaniu obiadu albo zobaczyć czy nie odkręcił wody nad umywalką w łazience, a potem o tym zapomniał. Te, czy też inne czynności nie są zwykle uciążliwe, ale wymagają przez cały czas obecności innych. Nie zawsze jest to jednak możliwe. Często w takich przypadkach – dla własnego bezpieczeństwa – osoby z zaburzeniami pamięci wysyłane są do domów opieki lub domów spokojnej starości. Tam całodobową opiekę zapewnia im profesjonalna kadra. Ale czy jest ona rzeczywiście zawsze potrzebna ? Na miejsca w tego typu ośrodkach trzeba czasami długo czekać, a biorąc pod uwagę tempo starzenia się społeczeństw, w przyszłości czas oczekiwania może być jeszcze dłuższy. Jest jeszcze coś. Nie ulega wątpliwości, że zmiana miejsca zamieszkania, a przez to także środowiska, czy kręgu znajomych wpływa bardzo niekorzystnie na osoby starsze.

Dlatego powstało pierwsze na świecie mieszkanie przyjazne i bezpieczne dla osób z zaburzeniami pamięci. Zainstalowany w nim system składa się z sensorów, które połączone są w sieć z urządzeniami najczęściej używanymi w gospodarstwie domowym. Do sieci podłączone są także wszystkie włączniki światła oraz urządzenia „mówiące” i wyświetlające komunikaty. Poza tym czujniki umieszczone są w drzwiach wyjściowych i wszystkich oknach. Sercem systemu jest komputer, który analizuje wszystkie dostarczane mu dane. To on decyduje, czy zwrócić się do właściciela mieszkania, czy – szczególnie wtedy gdy kolejne komunikaty nie przynosiły skutku – zadzwonić po pomoc.

Konstruktorzy systemu podkreślają, że dla osób starszych czy z różnego typu urazami równie ważne jak rzeczywista opieka jest poczucie bezpieczeństwa. Pewność, że w razie wypadku odpowiednie służby zostaną automatycznie powiadomione i przyjdą z pomocą. Wielką zaletą zaprojektowanego systemu jest to, że w przyszłości będzie go można zamontować w całości lub w częściach w już istniejących mieszkaniach. Dotychczasowe próby stworzenia „inteligentnych”, naszpikowanych elektroniką domów wiązały się z koniecznością budowy ich od samych niemalże fundamentów. Teraz jest inaczej. Osoba mająca coraz większe problemy z koncentracją będzie mogła zainstalować sobie komponenty systemu w swoim własnym mieszkaniu. Nie będzie się także musiała obawiać generalnego remontu ścian czy okien. Wszystkie urządzenia działają w technologii bezprzewodowej i przekuwanie się przez mury w czasie ich instalacji nie jest konieczne.

Co w takim razie potrafi inteligentne mieszkanie dla osób starszych ? Jednym z największych zagrożeń dla kogoś kto ma kłopoty z koncentracją jest zostawienie włączonej kuchenki elektrycznej lub gazowej. Jeżeli czujniki wykryją taką sytuację zasygnalizują głosowo, że powinna ona zostać wyłączona. Jeżeli pierwsze ostrzeżenie nic nie pomoże, system je powtórzy. Jeżeli nawet to nie da odpowiedniego rezultatu, kuchenka zostanie automatycznie wyłączona. To samo stanie się, gdy włączą się czujniki dymu zainstalowane nad kuchenką. W tym przypadku komputer natychmiast zadzwoni do odpowiednich służb i powiadomi je o zdarzeniu. Cały czas – nawet po wyłączeniu kuchenki – system sprawdza jaka jest temperatura grzejników. Tak długo jak są one gorące, na zainstalowanym nad kuchenką ekranie wyświetlane będzie ostrzeżenie o ryzyku oparzenia. Komputer główny cały czas „wie”, w którym pokoju przebywa właściciel mieszkania. Jeżeli w środku nocy wyjdzie z łóżka i będzie zmierzał w kierunku łazienki, automatycznie zapali się w niej światło. Jeżeli po skorzystaniu z toalety osoba wróci do łóżka, a zapomni zgasić światło – to, po kilku minutach wyłączy się ono samo. Podobnie jak samoczynnie zakręci się kurek z wodą, gdy umywalka czy wanna zostanie w całości napełniona. Gdy w nocy właściciel postanowi pospacerować po swoim mieszkaniu, w pokojach, do których wejdzie, automatycznie będą się włączały światła, a w  tych, z których wyjdzie wyłączały. Oczywiście światła będą też mogły być włączane i wyłączane „ręcznie”. Jeżeli „nocne zwiedzanie” będzie trwało zbyt długo, system przez zamontowane w mieszkaniu głośniki zwróci właścicielowi uwagę, że czas iść już spać. Jeżeli ani ten, ani powtórzony po kilku chwilach komunikat nie odniesie skutku, komputer skontaktuje się telefonicznie z opiekunem. Tak samo zresztą zareaguje, gdy podopieczny o nietypowych (zadanych wcześniej) godzinach otworzy drzwi wejściowe do swojego mieszkania i będzie miał zamiar wyjść na zewnątrz. System poprosi o wejście z powrotem, a jeżeli to nie pomoże, skontaktuje się  z opiekunem.

System można rozbudowywać według potrzeb osoby z niego korzystającej. Komputer będzie przypominał o zażyciu lekarstw zalecanych przez lekarza. O inteligentnym domu możemy mówić wtedy, gdy wszystko co automatyczne, połączone jest w zintegrowany system zarządzania i nadzoru. Gdy właściciel słucha jakiejś muzyki szczególnie często, system wie, że to jego ulubiona. Oczywiście ulubioną (nawet w zależności od pory dnia) można zdefiniować samemu. System też wie, że właściciel lubi kawę rano, ale po południu herbatę. To można także zaprogramować, albo poczekać, aż odpowiedni program sam się tego nauczy. Wiele pomysłów zaprojektowanych z myślą o osobach starszych – nie mam co do tego żadnych wątpliwości – znajdzie powszechne zastosowanie. Jak chociażby system, który z chwilą wyjścia domownika, automatycznie zamknie główny zawód wody i gazu, wyłączy wszystkie zbędne obwody elektryczne i uzbroi alarm. To wszystko może stać się wtedy gdy system czujników sam wykryje, że w domu już nikogo nie ma, albo wtedy gdy domownik na progu zawoła „wychodzę !”. W inteligentnym domu, głosem będzie można załatwić wszystko. Choć to wydaje się być udogodnienie dla wszystkich, dla starszych będzie to szczególnie istotne. Seniorzy często mają kłopoty ze wzrokiem i mniej precyzyjne palce niż osoby młode. Włączanie opcji na panelu czy klawiaturze może być dla nich kłopotliwe.

Co ciekawe, inteligentne domy są nie tylko bardziej przyjazne i bezpieczniejsze, ale także dużo oszczędniejsze w utrzymaniu. Oszczędzają wodę, energię elektryczną, gaz, ale przede wszystkim czas właścicieli. A to znaczy, że są odpowiedzią nie tylko na wyzwanie związane z średnim wiekiem społeczeństw uprzemysłowionych, ale także na wyzwanie związane z ochroną środowiska i oszczędzaniem energii.  

>>> Polub FB.com/NaukaToLubie to miejsce w którym komentuję i popularyzuję naukę.
1 komentarz do Technologia demencji z pomocą

100 lat abstrakcji

Czas jest względny, a masa zakrzywia czasoprzestrzeń. To jedno zdanie jednych przyprawia o ból głowy, dla innych jest źródłem nieograniczonej fascynacji. Fascynacji, która trwa dokładnie 100 lat.

>>> Polub FB.com/NaukaToLubie to miejsce w którym komentuję i popularyzuję naukę.

Pióra i ołówki na teorii grawitacji połamało już wielu badaczy. To co wiemy, to prosty wzór, którego dzieci uczą się w szkole. Że siła grawitacji zależy od masy obiektów, które są jej źródłami (im obiekt cięższy, tym większa siła), oraz że słabnie wraz z zwiększającą się odległością pomiędzy tymi obiektami. Dzięki tej prostej zależności, udaje się doskonale przewidywać ruchy planet, satelitów, także zachowanie sporej części gwiazd w galaktyce. Sporej, ale nie wszystkich.

Tymi, których wytłumaczyć się nie da są np. kolizje gwiazd neutronowych, pulsary, czarne dziury czy wybuchy supernowych. Grawitacji nie sposób także „dopasować” do wielkiego wybuchu. A skoro od niego swój początek wziął czas i przestrzeń, nasze braki w rozumieniu grawitacji stają się kłopotliwe.

Dokładnie 100 lat temu Albert Einstein ogłosił (a konkretnie odczytał) Ogólną Teorię Względności. Jej manuskrypt (ma 46 stron) można dzisiaj zobaczyć w Bibliotece Narodowej Izraela. Dla postronnego obserwatora, niespecjalisty , notatki Einsteina mogą sprawiać wrażenie niewyraźnych bazgrołów zrobionych na pożółkłych kartkach. Są napisane bardzo drobnym maczkiem, często poprawiane, miejscami podkreślone, w innych miejscach przekreślone. Sporo w nich matematycznych wzorów. Niesamowite, jak wiele w fizyce czy w ogóle w postrzeganiu świata (wszechświata) zmieniło to, co 100 lat temu zostało zaprezentowane światu.

Ogólna Teoria Względności została ogłoszona w 1915 roku, gdy Albert Einstein przebywał w Niemczech. Już wtedy Einstein był znanym człowiekiem, a jego prace – choć przez bardzo nielicznych rozumiane – były w pewnym sensie kultowe. Stworzenie OTW nie było olśnieniem, jak wielu innych teorii fizycznych. Einstein pracował nad nią 9 lat. Czasami błądził, czasami się mylił. To była żmudna praca. OTW jest – jak sama nazwa wskazuje – uogólnieniem Szczególnej Teorii Względności Einsteina. Choć teoria Ogólna i Szczególna są dwoma najbardziej znanymi jego pracami, Einstein największe naukowe zaszczyty (Nagrodę Nobla) odebrał za prace nad zupełnie innym problem (konkretnie nad efektem fotoelektrycznym).

Ogólna Teoria Względności (OTW) jest w zasadzie teorią opisującą najbardziej namacalne dla nas oddziaływanie – grawitację. Z nią wiążą się takie wielkości jak masa, przestrzeń i czas. OTW jest bardzo skomplikowana. Nie sposób jej zrozumieć bez ogromnej wiedzy czysto matematycznej. Wynika z niej, że każda masa jest źródłem zakrzywienia otaczającej ją przestrzeni. Czym większa masa, tym większa siła grawitacji, czyli większe zakrzywienie przestrzeni. Jak to rozumieć? Gdy dwie osoby trzymają za rogi obrus jego powierzchnia jest płaska. Ale gdy na sam środek obrusu wrzucimy piłkę, obrus w miejscu w którym się ona znajduje lekko się „naciągnie” czy inaczej „zakrzywi”. Czym większa piłka, tym większe zakrzywienie. Gdy położymy na skraju obrusu mniejsza piłeczka, stoczy się do tego zakrzywienia, tak jak przyciągana grawitacyjnie asteroida „stoczy” się w kierunku Słońca. Tyle tylko, że obrus ma dwa wymiary, a przestrzeń wokół nas ma ich trzy. Ta nieintuicyjność (nie mylić z nielogicznością) to jeden z powodów dla których dwie teorie względności tak trudno zrozumieć. Drugim jest bardzo zaawansowana matematyka, której Einstein musiał użyć do rozwiązania swoich równań.

Gdy Einstein referował swoje pomysły na względność, był znany z zupełnie innych badań teoretycznych. Słuchano go więc z zaciekawianiem. Ale to zaciekawienie wynikało z szacunku do znanego fizyka a nie ze zrozumienia tego o czym mówił. W pewnym sensie tak jest do dzisiaj. Albert Einstein jest postacią kultową. Ale nie dlatego, że tak wielu ludzi rozumie Szczególną czy Ogólną Teorię Względności.  Tak naprawdę zaledwie garstka fizyków wie o co w niej chodzi. Nieco większa grupa rozumie co wynika z teorii Einsteina. Całkiem sporo fizyków na codzień wykorzystuje w swojej pracy naukowej zjawiska, które udało się dzięki teoriom Einsteina zrozumieć. Jednym z takich zjawisk są soczewki grawitacyjne. W zakrzywionej przestrzeni światło nie porusza się po liniach prostych, tylko krzywych. To dlatego światło dalekich galaktyk biegnące w okolicach dużych mas (czarnych dziur czy innych galaktyk) jest zakrzywione, tak samo jak światło przechodzące przez szklane soczewki. Dla astrofizyków i astronomów soczewki grawitacyjne to coś w rodzaju naturalnego teleskopu dzięki któremu mogą obserwować obiekty i zjawiska których inaczej nie udałoby się zaobserwować. Zakrzywiane światło to jednak dopiero początek wchodzenia w świat abstrakcji. Z równań Einsteina wynika także, że czas jest pojęciem względnym, że nie płynie dla nas wszystkich tak samo. Jego bieg jest zależny bowiem od siły grawitacji i od prędkości z jakim porusza się ciało. To z kolei wykorzystuje się w systemach globalnej lokalizacji (np. GPS).

Einstein był teoretykiem. Nie sprawdzał eksperymentalnie tego co wyliczył na drodze matematyki. Zresztą wtedy kiedy dokonywał swoich odkryć, nie było możliwości sprawdzenia ich poprawności. Urządzenia pomiarowe nie były dość czułe, a człowiek jeszcze nie latał w kosmos. To właśnie w przestrzeni pozaziemskiej wielokrotnie testowano wyliczenia Alberta Einsteina. Wszystkie dokładnie się zgadzają. No może za wyjątkiem jednej. Przewidywanych w Teorii Względności fal grawitacyjnych. Ale o nich napiszę innym razem 🙂 Tak samo jak o największej naukowej pomyłce Einsteina.

>>> Zapraszam na profil FB.com/NaukaToLubie (kliknij TUTAJ). To miejsce w którym staram się na bieżąco informować o nowościach i ciekawostkach ze świata nauki i technologii.

Brak komentarzy do 100 lat abstrakcji

Myśląca maszyna

Na samą myśl o tym, że komputer mógłby myśleć, myślącemu człowiekowi włosy stają dęba. A może wystarczy nauczyć maszynę korzystania z naszych myśli?

Myślenie maszyn to temat, który wywołuje sporo emocji. Czy zbudujemy kiedykolwiek sztuczny mózg? Czy maszyny (komputery, programy) mają świadomość? A może w przyszłości nas zastąpią? Cóż, zastępują już dzisiaj. I dobrze, że zastępują, w końcu po to je budujemy. Czy myślą? Nie da się odpowiedzieć na to pytanie, zanim nie sprecyzujemy dokładnie co to znaczy „myśleć”. Jeżeli oznacza „podejmować decyzje”, to tak, komputery potrafią to robić. Potrafią też się uczyć i wyciągać wnioski z przeszłości. Nie potrafią robić rzeczy abstrakcyjnych. I przede wszystkim nie mają poczucia osobowości, nie mają poczucia swojej odrębności i swoich własnych celów. Owszem maszyny robią wiele rzeczy celowych, ale realizują nie swoje cele, tylko cele konstruktora czy programisty.

Deep brain stimulator.

(credit:  Asylum Entertainment)

Deep brain stimulator.

(credit: Asylum Entertainment)

Łowienie sygnałów

Samoświadomość czy kreatywność wydają się być barierą, która jeszcze długo nie zostanie złamana. To czy powinna być złamana, to zupełnie inny temat. Ale być może nie ma potrzeby na siłę nadawać maszynom cech ludzkich mózgów, może wystarczy w jakiś sposób je z naszymi mózgami zintegrować? Różnice pomiędzy tym, jak działa nasz mózg i „mózg” maszyny są spore. Może warto się zastanowić nad tym, czy maszyna nie mogłaby w pewnym sensie skorzystać z tego co MY mamy w głowie. Ten sam problem można postawić inaczej. Czy nasz mózg jest w stanie dogadać się bezpośrednio z maszyną? Czy jest bezpośrednio w stanie przekazywać jej informacje albo nią sterować?

Słowo „bezpośrednio” ma tutaj kluczowe znaczenie. Nasze mózgi dogadują się z komputerem, ale pomiędzy umysłem a procesorem w maszynie jest cała masa stopni pośrednich. Np. palce piszącego na klawiaturze, sama klawiatura. W końcu język, w którym piszemy komendy (albo tekst). Te stopnie pośrednie powodują, że czas pomiędzy myślą, która zakwita nam w mózgu a jej „materializacją” bywa długi. Każdy stopień pośredni jest potencjalnym miejscem pojawienia się błędu. W końcu ile razy wpisywana przez klawiaturę komenda czy tekst zawierał literówki? Jest jeszcze coś. Nie każdy fizycznie jest w stanie obsługiwać komputer czy jakiekolwiek inne urządzenie elektroniczne. Zwłaszcza dla takich ludzi stworzono interfejs mózg – komputer (IBC). Urządzenie, które pozwala „zsynchronizować” mózg z komputerem, pozwalające wydawać komendy urządzeniom elektronicznym za pomocą fal mózgowych. Dzisiaj z IBC korzystają nie tylko niepełnosprawni, ale także gracze komputerowi. W przyszłości być może będzie to standardowy sposób obsługi elektroniki.

Jak to działa? Komórki nerwowe w mózgu człowieka porozumiewają się pomiędzy sobą poprzez przesyłanie impulsów elektrycznych. Te można z zewnątrz, czyli z powierzchni czaszki, rejestrować. W ostatnich latach nauczyliśmy się je także interpretować. To istne szukanie igły w stogu siana. Mózg każdej sekundy przetwarza miliony różnych informacji, przesyła miliony impulsów do mięśni rozlokowanych w całym ciele. Każdy taki sygnał pozostawia „ślad”, który można podsłuchać.

Neural net firing reversed.

(credit:  Asylum Entertainment)

Neural net firing reversed.

(credit: Asylum Entertainment)

Czujnik w okularach

Nie powiem, że potrafimy podsłuchać wszystko. To byłaby nieprawda. Mówiąc szczerze, jesteśmy dopiero na samym początku drogi. W przypadku IBC bardzo pomocna jest  świadomość użytkownika (pacjenta?) korzystającego z interfejsu. Człowiek ma bowiem zdolności do takiego aktywizowania mózgu, by sygnały z tym związane, można było wyraźniej „usłyszeć” na powierzchni czaszki. Dzięki temu, osoby sparaliżowane, myślami są w stanie poruszać mechanicznymi nogami (czyli tzw. egzoszkieletem) albo wózkiem inwalidzkim. W ten sam sposób człowiek ze sprawnie działającym mózgiem jest w stanie komunikować się z otoczeniem chociażby poprzez pisanie na ekranie, nawet gdy jest całkowicie sparaliżowany. Myśli o literach, a te wyświetlają się na odpowiednim urządzeniu.  W podobny sposób, w przyszłości być może będzie wyglądało sterowanie telefonem komórkowym czy jakimkolwiek innym urządzeniem. Pewną trudnością jest to, że – przynajmniej dzisiaj – po to, by wspomniane impulsy można było zarejestrować, do skóry głowy muszą być przyłożone elektrody. Albo korzystający z interfejsu człowiek musi mieć ubrany specjalny czepek z czujnikami. Ale w przyszłości być może wystarczą czujniki w okularach? Okularach, w których zainstalowana będzie kamera, a na szkłach wyświetlane będą dodatkowe informacje. Takie okulary już są i nazywają się GoogleGlass.

Złożony i skomplikowany

Interfejs mózg – komputer odbiera sygnały z powierzchni skóry, rejestruje je i interpretuje. Czy możliwe jest przesyłanie informacji w odwrotną stronę, czyli z jakiegoś urządzenia do mózgu? Na razie tego nie potrafimy, ale nie mam wątpliwości, że będziemy próbowali się tego nauczyć (znów, czy powinniśmy to robić, to zupełnie inny temat). To znacznie bardziej skomplikowane niż sczytywanie potencjałów elektrycznych z powierzchni czaszki. W którymś momencie tę barierę może przekroczymy i wtedy będziemy mieli dostęp do nieograniczonej ilości informacji nie poprzez urządzenia dodatkowe takie jak komputery, tablety czy smartfony. Wtedy do tych informacji będzie miał dostęp bezpośrednio nasz mózg. Na to jednak zbyt szybko się nie zanosi. Nie z powodu samej elektroniki, raczej z powodu naszego mózgu. Panuje dość powszechna zgoda, że to najbardziej skomplikowany i złożony system jaki znamy. Nie tylko na Ziemi, ale w ogóle. Choć od lat na badania mózgu przeznacza się ogromne kwoty pieniędzy, choć w ostatnich latach poczyniliśmy ogromne postępy, wciąż niewiele wiemy o CZYMŚ co waży pomiędzy 1,2 a 1,4 kg

>>> Zapraszam na profil FB.com/NaukaToLubie (kliknij TUTAJ). To miejsce w którym staram się na bieżąco informować o nowościach i ciekawostkach ze świata nauki i technologii.

Brak komentarzy do Myśląca maszyna

Fagi – dobre wirusy

– Jak to się dzieje, że ci ludzie nie chorują – zastanawiał się widząc Hindusów kąpiących się i pijących wodę z Gangesu. Rzeki, która jest ściekiem. Więcej! wszystko wskazuje na to, że oni są przez to zdrowsi !

Bakterie stają się dla nas coraz groźniejsze. Coraz częściej zdarza się, że nie dają im rady nawet najbardziej zaawansowane terapie antybiotykowe. Sytuacja wymaga podjęcia niestandardowych metod. A może przeciwnie, wymaga powrotu do źródeł?

Ta historia rozpoczyna się w Indiach ostatnich lat XIX wieku. To wtedy przypłynął tam młody brytyjski biochemik i bakteriolog Ernest Hanbury Hankin. Ma jeden cel, walkę z cholerą, która miejscami przybiera rozmiary epidemii. Sukcesów nie ma praktycznie żadnych, a jego desperację potęguje fakt, że w Indiach zdają się nie działać reguły, których nauczył się w Anglii. Młody badacz zauważa bowiem, że na cholerę bardzo rzadko chorują ci, którzy kąpią się w rzece Ganges. Dla Hindusów sprawa jest oczywista, wody rzeki są święte, a każdy kto się w nich kąpie jest „chroniony”. Dla naukowca, sprawa jest trudna do zrozumienia. Przecież Ganges to ściek! To miejsce które powinno być źródłem problemu, a nie lekarstwem. Ku konsternacji większości Europejczyków, a już na pewno tych, którzy mieli wykształcenie medyczne czy biologiczne, Hindusi wodę z Gangesu pili. I? I nic im się nie działo. Jak to możliwe? Brytyjski naukowiec uważał, że w rzece musi być coś, co pijących jej wodę uodparnia. Fenomen dotyczył nie tylko wody w Gangesie, ale także w innych rzekach, równie zanieczyszczonych.

W 1896 roku Ernest Hanbury Hankin opublikował pracę naukową, w której stawiał tezę, że, w badanej przez niego wodzie istnieją czynniki antybakteryjne, które są na tyle małe, że nie sposób zatrzymać ich nawet na najdrobniejszych filtrach. Praca nie została jednak zauważona. Dopiero 20 lat później odkryto co tym czynnikiem jest. Dwa zespoły badaczy, brytyjski i francuski, odkryły bakteriofagi, czyli wirusy, które niszczą bakterie. Nazwa bakteriofag oznacza dosłownie „zjadacze bakterii”. W rzeczywistości wirusy nie pożerają bakterii. Ale o tym za chwilę. Dalsze badania pokazały, że w zasadzie każda bakteria ma swojego faga, czyli wirus, który bez większych problemów może sobie z nią poradzić. Pierwszy przypadek uleczenia wirusami zakażenia bakteryjnego (konkretnie chodziło o infekcję laseczką czerwonki, czyli siejącą śmierć dezynterią) miał miejsce w 1915 roku.

ganges

Zagadka: znajdź głowę chłopaka w śmieciach

Pierwszy nazwę bakteriofag zastosował pracujący w Paryżu Kanadyjczyk, Félix d’Herell. Nie jest ona do końca ścisła, bo sugeruje, że wirusy pożerają bakterie. W rzeczywistości wirusy niczego nie zjadają. Nie są organizmami żywymi, więc nie potrzebują źródła energii do zaspokajania swoich potrzeb. Jak w takim razie zabijają? Bakteriofagi, jak zresztą wszystkie wirusy, komórki żywych organizmów wykorzystują. Wirusy są kapsułkami zawierającymi materiał genetyczny. Nie potrafią same się poruszać. Posiadają jednak „klucze” do żywych komórek. Każda żywa komórka w swojej ścianie ma receptory. To coś w rodzaju zamka do drzwi. Ten, kto posiada klucz, może wejść do środka. Wirusy posiadają klucze, czyli białka pasujące do receptorów. Gdy cząsteczka wirusa znajdzie się w bezpośredniej bliskości komórki, jest bardzo prawdopodobne, że dojdzie do adsorpcji. Wirus otwiera zamek. Chwilę później następuje penetracja. Specjalną igiełką fag wkłuwa się do wnętrza bakterii i wstrzykuje tam swój materiał genetyczny. Komórka (w przypadku fagów komórka bakteryjna) nie ma pojęcia, że jest zainfekowana. Przecież wirus miał „legalne klucze”. Gdy materiał genetyczny znajdzie się w środku, dochodzi do tzw. replikacji genomu. Komórka replikuje wirusy z taką prędkością, że wkrótce zostaje – dosłownie – rozerwana z powodu ich natłoku w swoim wnętrzu. Od momentu „włożenia klucza do zamka” do unicestwienia bakterii mija nie więcej niż 30 minut! Każda zainfekowana komórka wyprodukuje kilkadziesiąt wirusów. A każdy z nich gotowy jest do ataku na nową bakterię.

W naturalnych warunkach pomiędzy bakteriami i wirusami ustala się pewna równowaga, ale gdyby tak wirusy antybakteryjne namnażać i traktować jako najlepszy z dostępnych antybiotyków? Wirusami leczono zanim, zanim ktokolwiek wiedział, czym są ci „niewidzialni” zabójcy bakterii. Félix d’Herelle leczył fagami śmiertelnie chorych na czerwonkę. „Ozdrowienie” następowało po kilkudziesięciu godzinach. Dzisiaj do koncepcji leczenia wirusami coraz częściej się wraca. Antybiotyki wydają się skuteczne, ale tylko na krótką metę. Bakterie potrafią się na nie uodparniać. W Polsce jedna trzecia szczepów dwoinki zapalenia płuc jest odporna na penicylinę. Na fagi nie da się uodpornić, bo te mutują tak samo szybko jak same bakterie. W Polsce znajduje się jeden z dwóch na świecie (i jedyny w Europie) ośrodek naukowy, który prowadzi terapię bakteriofagami. Kilka lat temu rozmawiałem z jego szefem, profesorem Andrzejem Górskim. Powiedział mi wtedy, że do Laboratorium Bakteriofagowego w Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN we Wrocławiu zgłaszają się setki osób cierpiących na zakażenia, których żadne antybiotyki nie potrafią wyleczyć. Naukowcom z Wrocławia udaje to w ponad 80 procentach. W porównaniu z terapią antybiotykami, fagi są tańsze, a na pewno nie mniej skuteczne. Ponadto leczenie fagami nie powoduje skutków ubocznych, bo działanie wirusów jest ściśle ukierunkowane i wybiórcze. Określony bakteriofag atakuje tylko jeden gatunek bakterii. W ten sposób po terapii fagami oszczędzamy te „dobre bakterie”, np. z wnętrza układu pokarmowego. Tymczasem antybiotyki tak nie potrafią. – Czasami wystarczy kilkadziesiąt godzin, by osoba od lat cierpiąca na zakażenie uwolniła się od kłopotu. Leczymy nawet infekcje wywołane przez szczepy gronkowca złocistego – śmiercionośne bakterie, będące największym postrachem oddziałów intensywnej terapii – mówił mi prof. Górski.

Skoro mają tyle zalet, dlaczego bakteriofagami nie leczy się powszechnie? Przeszkodą jest prawo. Formalnie (w Unii Europejskiej i USA) przed skomercjalizowaniem, terapia musi być zarejestrowana, a jeszcze wcześniej poprzedzona badaniami klinicznymi. I tutaj pojawiają się problemy formalne. Terapia fagami nie jest zunifikowana, tylko po to by była skuteczna musi być tworzona dla każdego pacjenta osobno. Tego typu postępowanie wymyka się jednak normom, jakie ustalają prawnicy i urzędnicy. Nie bez znaczenia jest pewnie fakt, że przemysł farmaceutyczny czerpie ogromne korzyści z produkcji antybiotyków. Tańsza i w wielu przypadkach skuteczniejsza metoda leczenia fagami może być traktowana jako niechciana konkurencja. – Terapia fagowa to z formalnego punktu widzenia wciąż eksperyment, a do zaakceptowania nowości potrzeba czasu – powiedział mi kilka lat temu prof. Górski. Od tego czasu nic się nie zmieniło.

Drugi – poza Polską – ośrodek leczący fagami znajduje się w stolicy Gruzji, Tbilisi. Założył go zresztą Félix d’Herelle, ten sam, który nadał nazwę bakteriofagom. Ten zagorzały komunista pracował w Związku Radzieckim do śmierci. Gruziński instytut nie podlega pod prawo europejskie i amerykańskie, więc ma większą swobodę w działaniu, niż ośrodek we Wrocławiu. Kilka lat temu, Instytut z Gruzji założył filię w Meksyku, gdzie nie obowiązuje amerykańskie prawo, a bogatym (i chorym) Amerykanom znacznie łatwiej dojechać tam niż do Gruzji.

 

1 komentarz do Fagi – dobre wirusy

Skąd jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?

O człowieku można mówić na wiele różnych sposobów. Inaczej opisują go atlasy anatomiczne, inaczej podręczniki do biochemii czy antropologii. Książka „Człowiek” nie jest atlasem opisującym każdą cząstkę ludzkiego ciała. Nie jest też podręcznikiem, który opowiada o reakcjach biochemicznych, które zachodzą w ludzkich komórkach. Jest próbą odpowiedzi na trzy krótkie pytania. Skąd jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy? Łatwo takie pytania zadać, znacznie trudniej znaleźć na nie odpowiedzi.

Po „Kosmosie” przyszedł czas na „Człowieka” , czyli drugą część mojej trylogii. Opowieść o tym skąd jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?

rozkładówka - wstęp

O człowieku można mówić na wiele różnych sposobów. Inaczej opisują go atlasy anatomiczne, inaczej podręczniki do biochemii czy antropologii. Organizm człowieka jest „kosmicznie” skomplikowany i właśnie dlatego jest tak niezwykły. Książka „Człowiek” nie jest atlasem opisującym każdą cząstkę ludzkiego ciała. Nie jest też podręcznikiem, który opowiada o reakcjach biochemicznych, które zachodzą w ludzkich komórkach. Jest próbą odpowiedzi na trzy krótkie pytania. Skąd jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy? Łatwo takie pytania zadać, znacznie trudniej znaleźć na nie odpowiedzi.

rozkładówka_Konarzewski

Kiedyś przeprowadzałem wywiad z neuropsychologiem. Zapytałem go, ile tak właściwie wiemy o ludzkim mózgu. Intuicja podpowiadała mi, że niewiele. Zakładałem, że profesor odpowie, że poznaliśmy nie więcej niż kilka procent wszystkich zagadnień związanych z mózgiem. A tymczasem odpowiedział: „gdyby zapytał mnie pan o to kilka lat temu, powiedziałbym, że nie więcej niż 10 procent, ale dzisiaj, po uruchomieniu kilku dużych międzynarodowych programów dotyczących badania mózgu, po ogromnej liczbie publikacji, jakie pojawiły się w ostatnich latach, twierdzę, że wiemy nie więcej niż 3-4 procent”. Ta odpowiedź jest zaskakująca tylko pozornie. W nauce bardzo często wraz ze wzrostem wiedzy, wzrasta także świadomość naszej niewiedzy. Naukowców i pasjonatów na całym świecie napędza nie to co jest znane, tylko właśnie to, co jest tajemnicą. Jako dziennikarz naukowy przyglądam się tym tajemnicom i czuję podekscytowanie. Ta książka jest pełna moich ekscytacji i fascynacji oraz prób znalezienia odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

rozkładówka_kaczmarzyk

Książka podzielona została podzielona na trzy części. W każdej z nich, oprócz mojego tekstu, znajduje się fascynujący wywiad z naukowcem. Rozmawiam o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości człowieka. W wywiadach staram się uzyskać odpowiedzi na tytułowe pytania: skąd jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy? Czy je uzyskuję? O tym każdy Czytelnik przekona się sam.

rozkładówka - tadeusiewicz

Człowiek to drugi tom trylogii, którą wymyśliłem w ubiegłym roku. Pierwszy tom, który ukazał się w 2014 roku był zatytułowany Kosmos. Opisuję w nim wszystko to, co jest większe od człowieka. Od Wszechświata począwszy, poprzez galaktyki i układy planetarne, a na planetach, w tym planecie Ziemi, skończywszy. Trzeci tom trylogii – Mikrokosmos – ukaże się w przyszłym roku.

Książka Człowiek została wydana nakładem Grupy Wydawniczej Foksal sp. z o.o.

Zapraszam do lektury

1 komentarz do Skąd jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?

Czujnik w nas

W Szwajcarii stworzono czujnik, który wszczepiony pod skórę jest w stanie kontrolować kilka parametrów życiowych równocześnie. Kilka lat temu pisałem o takich czujnikach jak o dalekiej przyszłości.

W Szwajcarii stworzono czujnik, który wszczepiony pod skórę jest w stanie kontrolować kilka parametrów życiowych równocześnie. Kilka lat temu pisałem o takich czujnikach jak o dalekiej przyszłości.

Czujnik, a właściwie elektroniczny chip, powstał w laboratoriach politechniki w Lozannie EPFL (École polytechnique fédérale de Lausanne). Ma wielkość paznokcia w małym palcu i nie trzeba wymieniać mu baterii. Ładuje się go przez indukcję, przez skórę. Wszystko, co zbada i zmierzy, przesyła bezprzewodowo do smartfona. Jest to bodaj pierwsze urządzenie tego typu, które może być wykorzystywane komercyjnie u pacjentów. Poprzednie konstrukcje nie były co prawda większe, ale miały ogromną wadę – badały tylko jeden parametr, tylko jedną zmienną. Ten równocześnie rejestruje ich kilka.

Od czego się zaczęło?

Czujnik, o którym mowa, wpisuje się w rozwój dziedziny zwanej nanotechnologią. Co prawda urządzenia nano są znacznie, znacznie mniejsze, ale bardzo szybki wyścig do miniaturyzacji zawdzięczamy właśnie nanotechnologii. Za ojca tej dziedziny uważany jest genialny fizyk Richard Feynman. Uczestniczył w pracach nad budową pierwszej bomby atomowej (projekt Manhattan), a po wojnie pracował na najlepszych uniwersytetach amerykańskich. Zajmował się kwantową teorią pola i grawitacji, fizyką cząstek i nadprzewodnictwem. To on jako pierwszy podał koncepcję komputera kwantowego i – w 1960 roku – zapowiedział powstanie nowej dziedziny nauki – nanotechnologii. W 1965 r. otrzymał Nagrodę Nobla z fizyki. Feynman wielokrotnie zwracał uwagę na to, że przyszłość będzie nano, że zrozumienie tego, co dzieje się w nanoświecie, świecie na poziomie pojedynczych cząstek i atomów, będzie kluczowe dla naszego przyszłego rozwoju.

Trudno oczywiście dokładnie określić, kiedy nanotechnologia rzeczywiście powstała, ale nie ma wątpliwości, że wiele dziedzin przemysłu coraz chętniej zwraca głowę w kierunku ekstremalnej miniaturyzacji. Jedną z dziedzin, które robią to szczególnie często, jest medycyna. Nanomedycyna dzisiaj rozwija się w dwóch kierunkach. Jeden to próby (coraz częściej udane) stworzenia nanocząsteczek, które będą nośnikami leków, a nawet genów. Wnikając do organizmu, będą uwalniać przenoszony czynnik dokładnie w tym miejscu i dokładnie o tym czasie, jaki jest optymalny. Drugi kierunek to nanosensory. Te mogą być wykorzystywane nie tylko w medycynie, ale także na przykład w ochronie środowiska. Dobrym przykładem jest nanosensor służący do analizy krwi. Z zewnątrz wygląda jak siateczka z ogromną ilością otworów. W rzeczywistości to mikroskopijne kanaliki krzemowe, w których znajdują się przeciwciała wyłapujące komórki nowotworowe. Analiza przeciwciał pozwala stwierdzić, czy w krwi znajdują się komórki rakowe, a jeżeli tak, to ile i jakie. Taka informacja nie może być pozyskana w trakcie standardowej analizy, bo komórek nowotworowych w krwi jest bardzo mało. Co ciekawe, testowana metoda jest dużo tańsza niż dzisiaj stosowane, a do analizy wystarczy jedna, dosłownie, kropla krwi.

Myszy już mają

Nanomedycyna jednoznacznie kojarzy się jednak z budową nanorobotów, które wpuszczone do ludzkiego krwiobiegu będą nie tylko monitorowały funkcje życiowe, ale także reagowały na stany kryzysowe organizmu. Te skojarzenia – przynajmniej na razie – są całkowicie chybione. Co nie znaczy oczywiście, że prace nad miniaturyzacją robotów nie są prowadzone. Już dzisiaj tworzone są roboty, których rozmiary umożliwiają użycie ich w rzeczywistych warunkach szpitalnych. Na przykład kapsułka monitorująca wnętrze układu trawiennego skonstruowana przez japońską firmę Denso Research jest wielkości standardowej tabletki. Jest wyposażona we własne zasilanie i kamerę CCD wysokiej rozdzielczości oraz urządzenie do przesyłania informacji drogą radiową do urządzenia bazowego. Po połknięciu „kapsułka endoskopowa” przekazuje wysokiej jakości obraz w czasie rzeczywistym. Nie ma własnego napędu, porusza się pod wpływem… siły grawitacji i perystaltyki jelit. Ale na rynku są już urządzenia niewiele większe, które mogą poruszać się samodzielnie, choć na razie jeszcze nie w układzie krwionośnym. Kilka lat temu na jednej z konferencji nanotechnologicznych pokazano nanosilnik, który jest mniejszy od główki od szpilki. Jego koła napędowe były 100 razy cieńsze niż kartka papieru, a ich średnica mniejsza niż średnica ludzkiego włosa. Silnik obracał się z częstotliwością jednego obrotu na sekundę i teoretycznie mógłby być elementem systemu napędowego jakiegoś małego urządzenia pływającego. Zanim te powstaną, miną jeszcze lata. Wcześniej do medycyny wejdą inteligentne czujniki, które być może będą wszczepiane pod skórę na dłuższy czas osobom o podwyższonym ryzyku zdrowotnym. Takim czujnikiem jest wspomniany sensor stworzony w Lozannie. Ma wielkość poniżej centymetra i w czasie rzeczywistym monitoruje obecność oraz stężenie kilku molekuł. Może badać odczyn (pH), temperaturę, ale przede wszystkim cholesterol, glukozę, poziom tlenu oraz stężenie przynajmniej kilku leków. To ostatnie będzie szczególnie ważne dla osób, które z powodu swojej choroby muszą regularnie zażywać jakieś medykamenty. Ich przedawkowanie jest wtedy bardzo łatwe. Pełna kontrola nad poziomem substancji czynnej we krwi jest bardzo istotna. Sensor został przetestowany na myszach, a testy kliniczne na ludziach rozpoczną się za kilka lat.

Brak komentarzy do Czujnik w nas

Zabawa w określanie wieku

Internetowa zabawa która polega na odgadywaniu wieku osób na fotografiach służy temu, by informatyczny gigant nauczył się czegoś, na czym w przyszłości będzie zarabiał krocie. A jeżeli chodzi o zdjęcia… cóż. Niby są twoje. Niby.

Internetowa zabawa która polega na odgadywaniu wieku sfotografowanych osób służy temu, by informatyczny gigant nauczył się czegoś, na czym w przyszłości będzie zarabiał krocie. A jeżeli chodzi o zdjęcia… cóż. Niby są twoje. Niby.

Po pierwsze nieprawdą jest, że to pierwsza tego typu aplikacja (a takie informacje pojawiły się w wielu miejscach). Odgadywać wiek, płeć i nastrój na podstawie zdjęcia czy sekwencji zdjęć (video) wiele firm próbuje od dawna. Aplikacja Microsoftu jest zabawą tylko dla użytkowników, dla firmy jest cenną nauką.

Po co komu takie programy? Pierwszy, kto nauczy się rozpoznawać emocje innych osób będzie miał w ręku ogromną władzę i ogromne pieniądze. Wiele lat temu, w USA, testowano system, który z tłumu ludzi wyławiał konkretne jednostki. Złapana w kadrze kamery twarz jest przez odpowiedni algorytm analizowana i porównywana ze zdjęciami zamieszczonymi w bazie danych. W ten sposób można z tłumy wyławiać np. przestępców, którzy uciekli z więzienia, podejrzanych, którzy się ukrywają, czy ludzi, których służby bezpieczeństwa z jakiś powodów inwigilują. Już kilka lat temu profesjonalne systemy osiągały zdolność analizowania do miliona twarzy na sekundę! Do komputera głównego systemu można dodatkowo wprowadzić algorytm, który np. pozwoli po sposobie chodzenia wyławiać z tłumu tych, którzy pod płaszczem czy kurtką niosą coś ciężkiego. Albo tych, którzy mają odpowiedni nastrój. Co to znaczy odpowiedni? Zależy od tego kto płaci. Jeżeli służby bezpieczeństwa, wyławiane z tłumu na lotnisku mogą być np. osoby zestresowane. Jeżeli system ma pracować dla kogoś kto sprzedaje dobra luksusowe będzie wyszukiwał raczej ludzi zadowolonych z siebie. Podekscytowani faceci być może będą bardziej skłonni kupować gadżety elektroniczne, a osoby zamyślone czy rozmarzone książki. Psycholodzy, socjolodzy  wiedzą lepiej jak połączyć emocje z zachowaniami konsumenckimi. Mają w tym zresztą dość sporą praktykę. Niektóre produkty kupujemy chętniej gdy muzyka w sklepie jest spokojna, inne, gdy jest rytmiczna. W wielu rozpylane są zapachy, których świadomie nie czujemy. Nie tylko sklepach, ale także biurach, fabrykach czy miejscach publicznych. Dużą praktykę mają w tym Japończycy. Wszystko po to, by projektować nasze zachowania. Na prawdę myślisz, że jesteś panem samego siebie i że świadomie podejmujesz decyzje? Jeżeli tak myślisz, mylisz się bardzo.

W pismach dla facetów reklamuje się inne produkty, niż w gazetach dla młodych matek. To logiczne. Wraz z rozwojem systemów rozpoznających emocje i intencje, targetowanie przekazu reklamowego wejdzie na zupełnie nowy poziom. Pozostaje do rozwiązania jeszcze jedna kwestia. Jak komunikować się z potencjalnym klientem? Można sobie wyobrazić tradycyjne nośniki reklamowe, które będą wyświetlały reklamy w zależności od tego kto na nie patrzy. Możliwe, ale chyba mało skuteczne. Dużo bardziej prawdopodobne jest to, że ktoś zrobi użytek z kamerek zamontowanych w komputerach, tabletach, telefonach komórkowych. Oczywiście za zgodą właścicieli. Zgodzimy się na wszystko, już tyle razy sprzedaliśmy się dla zwykłej wygody, że i na to przymkniemy oko. Już dzisiaj w wyszukiwarkach internetowych działają algorytmy, które podpowiadają treści (nie tylko reklamowe) w zależności od naszej aktywności w internecie. W przyszłości algorytmy wyszukiwania i proponowania zostaną wzbogacone o płeć, wiek i nastrój osoby, która w danym momencie korzysta z urządzenia elektronicznego.

A wracając do aplikacji służącej do „odgadywania” wieku na podstawie zdjęcia. Nie da się jednoznacznie określić wieku czy emocji na podstawie konkretnych, fizycznych cech twarzy. Łatwiej jest z określaniem płci. Po to by tego typu programy dobrze działały, muszą się tego nauczyć. Do nauki potrzebna jest jednak odpowiednia liczba przykładów. Osób, które dobrowolnie prześlą swoje zdjęcie a wynikami pochwalą się w mediach społecznościowych. Wiedza, którą zyska algorytm stojący za aplikacją warta będzie miliardy. Witajcie w klatce – króliczki doświadczalne 🙂

I jeszcze jedno. Co dzieje się ze zdjęciami, które wrzucamy do serwisu? Microsoft twierdzi, że ich nie przetrzymuje („We don’t keep the photo”) ale gdy wklikać się głębiej (w Terms of Use), wśród wielu akapitów można znaleźć stwierdzenia, które temu przeczą.

Microsoft does not claim ownership of any materials you provide to Microsoft (…). However, by posting, uploading, inputting, (…) your Submission, you are granting Microsoft, its affiliated companies, and necessary sublicensees permission to use your Submission in connection with the operation of their Internet businesses.

Co w wolnym tłumaczeniu znaczy:

Microsoft nie rości sobie praw własności jakichkolwiek materiałów (…). Jednak zamieszczając, przesyłając, wprowadzając (…) materiały, użytkownik przekazuje firmie Microsoft oraz jej spółkom zależnym i licencjobiorcom prawo do korzystania z tych materiałów w związku z działalnością tych firm.

Dalej przepisy precyzują, że firma ma prawo bez ograniczeń kopiować, rozpowszechniać, przekazywać, odtwarzać, publicznie wykonywać, powielać, edytować, tłumaczyć przekazane jej materiały. A jako, że firma nie rości sobie praw do materiałów, zrobi to podpisując nazwiskiem właściciela.

Podsumowując. Zabawa która polega na odgadywaniu wieku osób na zdjęciach służy temu, by gigant informatyczny nauczył się skutecznego radzenia sobie z tym, z czym matematyka (algorytmy informatyczne) radzą sobie kiepsko. Dzięki wrzucaniu prywatnych zdjęć dajemy firmie możliwość stworzenia unikalnej bazy z której w przyszłości, przy tworzeniu profesjonalnych narzędzi będzie mogła korzystać. I grubo na tym zarabiać. A jeżeli chodzi o zdjęcia… cóż. Niby są twoje. Niby.

1 komentarz do Zabawa w określanie wieku

Ten robot ma żywy mózg

Komórki szczurzego mózgu nauczyły się kontrolować pracę robota. – Dzięki temu może zrozumiemy jak wyleczyć chorobę Alzheimera – mówią naukowcy. Może i tak, ale mnie przechodzą ciarki po plecach jak myślę o tym eksperymencie.

Ludzki mózg, stanowi dla badaczy większą tajemnicę niż wszechświat. Nie wiemy jak w detalach przebiega proces uczenia się czy zapamiętywania. Nie wiemy dlaczego tkanka nerwowa się nie regeneruje. I co szczególnie ważne nie wiemy jak leczyć wiele chorób związanych z naszą pamięcią.

Mózg w mechanicznym ciele

Badacze z brytyjskiego University of Reading wybudowali robota, którego głównym zajęciem jest… jeżdżenie od ściany do ściany. Jest mały, wolny i prawie nic nie potrafi. Zamiast kamery ma zwykły sonar, a duże koła poruszają się mało precyzyjnie. Jest jednak szczególny. Jego mózgiem nie jest elektroniczny procesor, tylko żywe komórki nerwowe szczura. Ten robot ma żywy mózg ! To on najpierw się uczy, a po chwili sam decyduje gdzie robot ma jechać.

Kevin-foto Mózgiem robota jest 300 tyś komórek pobranych z kory mózgowej szczura. Naukowcy chemicznie pozbawili neurony połączeń międzykomórkowych (zabili ich pamięć ?) a następnie umieścili w specjalnym, wypełnionym pożywką i antybiotykami pojemniku. Stworzyli im warunki w których mogły samodzielnie żyć. W dno tego pojemnika zatopionych było 60 przewodów elektrycznych a ich zakończenia, elektrody, były wyprowadzone do środka pojemnika. To właśnie tymi elektrodami wędrowały impulsy elektryczne, np. wtedy gry robot zderzył się ze ścianą. Tymi samymi kanałami wędrowała informacja z sonarów. Gdy urządzenie zbliżało się do ściany, na elektrodach pojawiało się odpowiednie napięcie elektryczne. Gdy robot zderzał się ze ścianą, do komórek wędrował inny sygnał elektryczny a odpowiedni system nakazywał kręcić się kołom robota w innym kierunku.

Komórki uczą się

Po kilku próbach okazało się, że żywe komórki coraz rzadziej pozwalałby zderzać się ze ścianą. Nauczyły się, że sygnał „przed nami ściana” oznacza, że za chwilę dojdzie do kolizji. Żeby do tego nie dopuścić, tymi samymi elektrodami sygnał elektryczny wędrował w drugim kierunku. Szczurzy mózg w ciele robota nakazywał kołom skręt i do zderzenia ze ścianą nie dochodziło. Żywe komórki zaczęły kontrolować maszynę.

Gordons-neuronsPo jakimś czasie robot unikał nawet 90 proc. wszystkich kolizji. Ale nie o kontrolę, albo nie tylko o kontrolę chodzi. Naukowcom szczególnie zależy na tym, żeby na gorącym uczynku złapać proces uczenia się. Komórki nerwowe w specjalnym odżywczym odczynniku zaczęły rekonstruować połączenia pomiędzy sobą. Zaczęły do siebie wysyłać sygnały elektryczne. Naukowcy przeprowadzający to doświadczenie mówili, że wyglądało to trochę tak jak gdyby pojedyncze neurony szukały siebie nawzajem, a równocześnie komunikowały gdzie same się znajdują. Tak jak gdyby same były żywym organizmem. – Wydaje się, że komórki mózgu mogą ponownie się organizować w każdych warunkach, które nie są dla nich zabójcze – powiedział Steve Potter z Georgia Institute of Technology w Atlancie, USA. Każdy sygnał elektryczny jaki pochodził od komórek nerwowych, przez elektrody dostawał się do komputera i tam był rejestrowany. Szczurzy mózg, choć kierował robotem, nie przestawał być żywą tkanką. Potrzebował energii (stąd żel odżywczy w pojemniku z komórkami) oraz antybakteryjnej tarczy (stąd w żelu antybiotyki). To jednak nie wystarcza. Żywe komórki muszą mieć zapewnioną odpowiednią temperaturę. Dlatego też w czasie dłuższych prób szczurze komórki mózgowe wcale nie były fizycznie w robocie. Krążek z elektrodami i komórkami był podłączony do urządzenia, które sygnały elektryczne „tłumaczyło” na fale radiowe. Innymi słowy mózg robota był w inkubatorze w którym utrzymywana była optymalna temperatura, a robot sygnały o tym jak ma się poruszać dostawał za pośrednictwem fal radiowych (wykorzystano technologię Bluetooth). Odpowiednie urządzenie pozwalało na dwustronny kontakt pomiędzy jeżdżącym robotem i „jego” mózgiem w inkubatorze.

Czy to komuś pomoże ?

Mózg poza urządzeniem…brzmi abstrakcyjnie. Choć z drugiej strony dzisiejsze komputery także często korzystają z mocy obliczeniowej, która znajduje się poza ich „ciałem”. Coraz częściej to w chmurze trzymamy dane a nawet całe programy.

– To co w tych badaniach najciekawsze, to znalezienie odpowiedzi na pytanie jak aktywność pojedynczych neuronów przekłada się na złożone zachowania całych organizmów – powiedział dr Ben Whalley, jeden z naukowców biorących udział w badaniach. – Ten eksperyment pozwala na wgląd w ten proces na poziomie pojedynczych komórek. To pozwoli nam na sformułowanie odpowiedzi na pytania fundamentalne – dodaje. Naukowcom udało się nauczyć żywe komórki kontroli nad prostym robotem. Ale to nie oznacza końca eksperymentu. Kolejnym krokiem będzie uszkodzenie połączeń pomiędzy wyuczonymi już komórkami mózgu w taki sposób w jaki upośledzone są połączenia u osób cierpiących na chorobę Alzheimera czy Parkinsona. Jak teraz będzie wyglądał proces uczenia się ? Czy robot z mózgiem który „cierpi” na chorobę Alzheimera będzie także się uczył ? Czy powstaną nowe połączenia ? Jeżeli nie, co zrobić żeby powstawały ?

Choć badacze zaangażowani w projekt uważają, że ich praca będzie krokiem milowym w rozumieniu wielu procesów które dzieją się w mózgu, nie brakuje i takich, którzy studzą emocje. – To zaledwie model. To nie badania mózgu, tylko jego małego wycinka w sztucznym otoczeniu. Oczywiście wyniki badań mogą nas wiele nauczyć, ale mogą też zmylić nas na przyszłość. Przecież nie wiemy czy to co zaobserwujemy w laboratorium wystąpiłoby w rzeczywistości – powiedział Steve Potter z Georgia Institute of Technology. – Trzeba być bardzo ostrożnym w wyciąganiu daleko idących wniosków – dodaje. Autorzy badań zgadzają się z tym podejściem, ale podkreślają, że… – nawet jeżeli przeprowadzane przez nas eksperymenty tylko w 1 proc. pogłębią naszą wiedzę o chorobach takich jak Alzheimer, będzie to świadczyło o tym, że warto je było przeprowadzić – powiedział profesor Kevin Warwick z School of Systems Engineering. Co do tego nie ma jednak chyba żadnej wątpliwości.

 

Tekst ukazał się w Tygodniku Gość Niedzielny.

1 komentarz do Ten robot ma żywy mózg

Rewelacyjny wynalazek polskiego maturzysty

19-letni Mariusz Bielaszka, uczeń ostatniej klasy Technikum Elektronicznego w Połańcu, wymyślił urządzenie, które może uratować życie wielu starszych ludzi. O jego wynalazek już biją się zagraniczne firmy – informuje „Metro”.

19-letni Mariusz Bielaszka, uczeń ostatniej klasy Technikum Elektronicznego w Połańcu, wymyślił urządzenie, które może uratować życie wielu starszych ludzi. O jego wynalazek już biją się zagraniczne firmy – informuje „Metro”.

Coraz więcej osób starszych znika w Polsce bez śladu – wynika z danych udostępnionych gazecie przez Fundację Itaka, która szuka zaginionych. Bardzo wiele przypadków zaginięć osób starszych ma związek z zaburzeniami pamięci powodowanymi demencją lub chorobą Alzheimera.

Do tego, by łatwiej było ich znaleźć służy opracowany przez Mariusza Wanted Clock. Urządzenie wygląda jak zegarek, ale ma wbudowany GPS, w środku znajduje się karta SIM. Jak to działa? – To bardzo proste. Wystarczy, aby osoba, którą chcemy monitorować, miała na ręku zegarek (programujemy współrzędne lokalizacyjne miejsca, którego nie powinna opuszczać), zaś druga osoba zwyczajny telefon. Kiedy chcemy dowiedzieć się, gdzie znajduje się dana osoba, wysyłamy sms na lokalizator, a po chwili otrzymujemy wiadomość zwrotną z bezpośrednim linkiem do mapy. Wystarczy minuta, żeby odnaleźć osobę, która go nosi. Moje urządzenie dodatkowo wzbogaciłem o funkcję przypominającą o zażyciu leków – opowiada mediom wynalazca.

Na pytanie skąd pomysł na skonstruowanie takiego urządzenia młody wynalazca odpowiedział w wywiadzie dla serwisu „Spinno.pl”:

Pomysł zrodził się z życia codziennego. W okresie zimowym starsza kobieta, chora na  Alzheimera, uciekła z domu spokojnej starości. Sam uczestniczyłem w poszukiwaniach zaginionej kobiety. Wówczas zrodziła się w mojej głowie idea urządzenia, które pozwoli  na szybką lokalizację osoby. W efekcie skonstruowałem zegarek wyglądem niczym odbiegający od tych, które sami używamy na co dzień – mówił Bielaszka.

Zegarek przypomni też o przyjmowaniu leków, a gdy wyślesz na niego SMS-a o określonej treści, sam oddzwoni i uruchomi system głośno mówiący (byś mógł zwrócić się do seniora) albo wbudowane diody zaczną emitować intensywne sygnały świetlne (funkcja ma się przydać w nocnych poszukiwaniach, gdy posiadacz zegarka zaginie).

Wynalazek zdobył już złoty medal i nagrodę specjalną na brukselskich Targach Wynalazczości „Brussels Innova”, wyróżnienie w polskim konkursie dla młodych naukowców E(x)plory 2014 i II miejsce na ogólnopolskiej Olimpiadzie Innowacji Technicznych. Na początku maja zegarek pojedzie na targi innowacji do Paryża, a parę dni później na konkurs INFOMatrix do Bukaresztu. Po maturze Mariusz chce rozpocząć studia na kierunku Automatyka i Robotyka na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

wt /Metro/spinno.pl

artykuł ukazał się na www.gosc.pl

Brak komentarzy do Rewelacyjny wynalazek polskiego maturzysty

Kolejny konkurs na Nauka. To Lubię

Kolejny konkurs, kolejne nagrody. Zapraszam!

Konkurs dotyczy czwartego odcinka serii Megaodkrycia, emitowanego na kanale National Geographic Channel w niedzielę o godzinie 22:00.

Pisałem ostatnio o inteligentnych domach jako sposobie pomocy w codziennym życiu osób starszych. Dziś zapraszam do oglądania  kolejnego odcinka serii „MEGAODKRYCIA” zatytułowanego „Lekarstwo na starość”. Opowie on o najnowszych badaniach naukowych nad powstrzymywaniem skutków procesów starzenia. Ekipa National Geographic Channel wraz z reżyserem – Ronem Howardem – szukać w nim będzie naukowych recept na wydłużenie życia i zdrowia współczesnych seniorów.

A teraz pytanie:

>>> Czy Waszym zdaniem stale wydłużająca się długość życia seniorów to dla społeczeństwa bardziej szansa, czy zagrożenie? Krótko uzasadnijcie swoją odpowiedź.

Odpowiedzi wpisujcie proszę w komentarzach pod tym tekstem. Najlepsza odpowiedź zostanie nagrodzona moją najnowszą książką „Człowiek”. Jeżeli takie będzie życzenie wygranego, chętnie napiszę imienną dedykację. Dwie kolejne nagrody to koszulka i parasol z nadrukiem National Geographic Channel.

nagroda_Fotor_Fotor_Collage

 Regulamin konkursu:  http://naukatolubie.pl/regulamin-konkursu/

18 komentarzy do Kolejny konkurs na Nauka. To Lubię

Konkurs o mózgu

Książka z imienną dedykacją, koszulka i parasol. Tym razem takie nagrody przygotowałem w cotygodniowym konkursie. A sam konkurs dotyczy mózgu.

Konkurs dotyczy trzeciego odcinka serii Megaodkrycia, emitowanego na kanale National Geographic Channel w niedzielę o godzinie 22:00.

W „Rozszyfrować mózg” zobaczycie opowieść o tym, w którą stronę zmierzają najnowsze badania naukowe dotyczące ludzkiego umysłu.

A teraz pytanie:

>>> Czy Waszym zdaniem nauka doprowadzi do tego, że maszyny będą zdolne myśleć abstrakcyjnie tak jak ludzie? Czy będzie to szansa, czy raczej zagrożenie?

Odpowiedzi wpisujcie proszę w komentarzach pod tym tekstem. Najlepsza odpowiedź zostanie nagrodzona moją najnowszą książką „Człowiek”. Jeżeli takie będzie życzenie wygranego, chętnie napiszę imienną dedykację. Dwie kolejne nagrody to koszulka i parasol z nadrukiem National Geographic Channel.

nagroda_Fotor_Fotor_Collage

 Regulamin konkursu:  http://naukatolubie.pl/regulamin-konkursu/

6 komentarzy do Konkurs o mózgu

Type on the field below and hit Enter/Return to search