Polska stacja antarktyczna Arctowskiego – co o niej wiesz?

Tomasz Rożek
T. Rożek
09.06.2022

Jak wiele wiemy dziś o Henryku Arctowskim i jego dokonaniach? Jak to się stało, że mamy swoją stację antarktyczną właśnie jego imienia? O tym i o przyszłości tej jednostki badawczej przeczytasz w tym materiale.

Rekrutuj do polskiej stacji antarktycznej Arctowskiego

U nas lato się rozkręca, a w polskiej stacji antarktycznej Arctowskiego panuje zima. Większość ekipy naukowców wyjechała do domu, a na miejscu pozostała garstka, która pilnuje, żeby stacja bezpiecznie dotrwała do kolejnej wiosny, czyli gdzieś do października, listopada. Zakończona też została już rekrutacja na kolejną wyprawę. Jeżeli chcielibyście wziąć udział w wyprawie polarnej, to w zasadzie co roku prowadzona jest rekrutacja. Osoby, które ją przejdą, spędzą kilka miesięcy na najbardziej niedostępnym kontynencie na tej planecie. Jak dla mnie brzmi super 🙂

Polska stacja antarktyczna Arctowskiego – co o niej wiemy?

Polska stacja polarna leży na wyspie Króla Jerzego, jakieś 16 tysięcy kilometrów od nas. Została wybudowana 45 lat temu jako baza dla rybaków, ale dzisiaj jest już tylko i wyłącznie placówką naukową. Naukowcy, którzy w niej pracują, a latem może tam być do 40 osób, zajmują się wieloma dziedzinami nauki. Klimatem, meteorologią, glacjologią, geologią, sejsmologią, chemią i fizyką atmosfery, biologią, hydrologią. Badają też migracje zwierząt, pole magnetyczne Ziemi i zanieczyszczenia atmosfery i wody. Sporo tego, ale też nie każda wyprawa w równym stopniu zajmuje się każdą z tych dziedzin.

Oprócz naukowców na stacji przebywają mechanicy, elektrycy, kucharze, ratownik medyczny, a podczas ostatniej rekrutacji szukano operatora dronów. To właśnie na te nienaukowe stanowiska zwykle prowadzona jest rekrutacja. Pod tym linkiem znajdziecie profil stacji. Warto go obserwować, chociażby z powodu super zdjęć, jakie się tam pojawiają.

Początki polskiej stacji – czy to był przypadek?

To, że Polska w ogóle ma stację na biegunie południowym, to w sumie przypadek. W latach 70. rząd PRL stanął przed problemem przełowienia łowisk dalekomorskich, z których korzystała nasza flota. Wtedy ktoś wpadł na pomysł, żeby nasze statki łowiły w wodach antarktycznych. Badania pokazały, że tamte łowiska są bardzo bogate, ale po to, by można tam było łowić, Polska musiała zostać sygnatariuszem tzw. Traktatu Antarktycznego.

To Cię też zainteresuje: 14 odkryć polskich naukowców, o których nie miałeś pojęcia

Ale żeby zostać tym sygnatariuszem, trzeba było mieć na Antarktyce stałą bazę. Więc wybudowano bazę, która od początku miała charakter naukowy, ale dosyć szybko stała się tylko i wyłącznie naukowa. Co ciekawe, zaprojektowanie i wykonanie bazy zajęło zaledwie pół roku. Potem komponenty stacji zostały załadowane na dwa statki, które całość przetransportowały na położoną nad Zatoką Admiralicji wyspę Króla Jerzego, w archipelagu Szetlandów Południowych. To było niemal dokładnie 45 lat temu.

Życie, jak scenariusz na film – Henryk Arctowski

Polska stacja antarktyczna nosi imię Henryka Arctowskiego. Jego życie to gotowy scenariusz na film, w którym nauka i przygoda przeplata się z wielką międzynarodową polityką. Arctowski był polarnikiem, badał tajemnice kompletnie nieznanej na przełomie XIX i XX wieku Antarktydy, ale był także badaczem klimatu. Najpierw uczył się w Inowrocławiu, potem w Warszawie, aż w końcu jako młody człowiek kończył edukację w Belgii. Ta ostatnia przeprowadzka była wymuszona. Arctowski nie krył się ze swoimi poglądami na temat zaborców, a to powodowało szykany w szkole.

Uznanie i Belgijska Wyprawa Antarktyczna

Potem były studia we Francji i w końcu wyjazd do USA. Do Europy wrócił jako 22 latek, a w wieku 26 lat, już jako uznany naukowiec i autor około 20 prac naukowych, został zaproszony do wzięcia udziału w słynnej Belgijskiej Wyprawie Antarktycznej. Więcej, został jej kierownikiem naukowym. Był rok 1897, a Antarktyka była miejscem całkowicie nieznanym. Statek, którym naukowcy płynęli Był niewielkim żaglowcem i ze względu na ograniczone fundusze – używanym. Na dodatek statek musiał być wyremontowany i zaledwie tydzień przed wyprawą go zwodowano. Do brzegów Antarktyki płynęli prawie pół roku. W czasie jednego ze sztormów zmyło do oceanu jednego z jej członków załogi. Kiedy indziej o mało nie rozbili się o podwodne skały. Gdy w końcu dopłynęli na miejsce, nadeszła zima i przez 13 miesięcy Żaglowiec z 18 członkami załogi został uwięziony w lodach.

Walka z naturą

Co gorsza, statek, wraz z krą, dryfował i przebył całkiem pokaźny dystans. Podczas zimowania zmarł kolejny członek ekipy, ale badania naukowe i obserwacje nie zostały przerwane nawet na chwilę. Załoga statku funkcjonowała w warunkach nieustannej ciemności podczas nocy polarnej. Na zewnątrz panował mróz dochodzący do -45*C. Gdy wraz z nastaniem polarnego dnia wzrosła temperatura, pojawiła się szansa na wydostanie statku z lodów.

Przez całych 5 tygodni, oprócz prowadzenia badań naukowych, za które był odpowiedzialny Henryk Arctowski, załoga pracowała fizycznie, by w lodzie wyrąbać kanał, którym statek mógłby się wydostać poza pole kier lodowych. Wyprawa była oczywiście przełomowa, ale nie tylko ze względu na historie, które się tam przytrafiały. Przede wszystkim zebrano wiele wyników i obserwacji, które były wstępem do kolejnych badań. To była też pierwsza wyprawa, która przezimowała w najzimniejszej części naszego globu. Przezimowała i wróciła rzecz jasna.

Powrót z wyprawy

Po powrocie z wyprawy, a trwała ona w sumie ponad 2 lata, Arctowski przez dłuższy czas opracowywał wyniki, które zebrał. Potem je wydał… w 10 tomach pod wspólnym tytułem: Expedition Antarctique Belge. Już wtedy polski badacz większość swojego czasu poświęcał badaniom klimatu planety. Trochę podróżował aż w końcu, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, wrócił i rozpoczął pracę na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Tam stworzył i kierował Instytutem Geofizyki i Meteorologii. Myślał, że powrócił do wolnej Polski już na stałe. W sierpniu 1939 roku wyjechał wraz z żoną na kongres naukowy do Stanów Zjednoczonych. Gdy tam przebywał wybuchła II Wojna Światowa. Arctowscy do Polski już nigdy nie wrócili. Henryk był znanym i szanowanym na świecie badaczem, więc bez trudu znalazł pracę w prestiżowym Smithsonian Institution.

Polityka w życiu Arctowskiego

A gdzie w życiu Arctowskiego ta wielka międzynarodowa polityka, o której mówiłem? W czasie I wojny światowej, był współpracownikiem działającej w USA Instytucji do Spraw Pokoju. Tam współtworzył raport, który miał 2500 stron. Dotyczył m.in. demografii, geologii czy bogactw naturalnych Polski. Z tego dokumentu korzystano podczas ustalania granic naszego kraju. Jako członek komisji został zaproszony na Konferencje Pokojową w Wersalu, która obradowała w latach 1919-1920. Gdy wrócił do niepodległej Polski, proponowano mu funkcję Ministra Oświaty, ale Henryk Arctowski wybrał pracę naukową.

Wielkie zasługi dla nauki

Na emeryturze w USA wciąż pisał i analizował wyniki prac naukowych. Wraz z żoną, która była zresztą Amerykanką i śpiewaczką operową, organizował akcje charytatywne, m.in po to by kopiować międzynarodową literaturę naukową polskim badaczom. Jako jeden z pierwszych na świecie prowadził dokładne całoroczne obserwacje meteorologiczne na kilku kontynentach. Wyjaśnił, dlaczego część Antarktydy zalana płytkimi wodami leżała o ok. 400 m głębiej niż przypuszczano. Tłumaczył, że to z powodu nacisku lodu. Opisał też sposób, w jaki przemieszczają się cyklony. Sporządził także wiele map.

Gdy Henryk Arctowski prowadził swoje badania klimatyczne, tym tematem zajmowało się wtedy najwyżej kilku naukowców na całym świecie. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, bo dzisiaj nie ma uniwersytetu czy większego ośrodka naukowego, w którym nie badano by klimatu. Zespół Arctowskiego badał klimat niemal dla każdego obszaru lądowego na świecie. Piastował ważne funkcje w Międzynarodowej Komisji Zmian Klimatycznych, stając się w końcu jej przewodniczącym. Napisał również szereg prac dotyczących geofizyki słońca. Były wśród nich badania wiążące umiejscowienie plam słonecznych z burzami magnetycznymi. W sumie opublikował przeszło 400 prac naukowych, a wiele z nich było początkiem nowych dziedzin nauki.

Jako dowód uznania

W uznaniu zasług, jego imieniem nazwano polską Stację Antarktyczną, która znajduje się nad Zatoką Admiralicji na Wyspie Króla Jerzego w Antarktyce. Staja została uruchomiona w 1977 roku, jest całoroczna i składa się z kilkunastu budynków. Ponadto nazwiskiem Arctowskiego nazwano wiele miejsc w polarnych rejonach, które oswajał dla światowej nauki. Na Antarktydzie możemy znaleźć Półwysep, Szczyt czy Nunataki Arctowskiego. Po drugiej stronie globu na Spitsbergenie mamy górę i lodowiec naszego odkrywcy. Można powiedzieć, że te wszystkie miejsca są spełnieniem marzenia naszego polarnika, który zmieniając nazwisko chciał, by Polska była obecna w światowej nauce.

Niepewna przyszłość polskiej stacji

Niestety przyszłość polskich badań zależy od utrzymania budynku stacji i jej infrastruktury. Z uwagi na podnoszący się stan wód, budynek, który początkowo oddalony był o kilkanaście metrów od brzegu morza, teraz znajduje się niespełna jeden metr od linii brzegowej. Stacji grozi zniszczenie, a konieczność przebudowy spowodowana jest dodatkowo przestarzałą infrastrukturą, która została wyeksploatowana przez lata użytkowania.

Prace budowlane ruszyły, a na miejsce dotarło 1200 ton ładunku, w tym elementy budowlane nowego gmachu. W tym roku powstaną fundamenty oraz stalowy szkielet konstrukcji. Wkrótce ma powstać również nowa latarnia morska i lotnisko dla helikopterów (helipad).

Oprócz wzniesienia nowego głównego budynku, projekt obejmuje także przebudowę systemu energetycznego i paliwowego. Do tej pory prąd dostarczały tylko agregaty dieslowskie – spalinowe. Teraz montowany jest system hybrydowy. Wkrótce prąd będą dostarczać w pierwszej kolejności panele fotowoltaiczne (solarne). W dalszej perspektywie – agregaty dieslowskie nowego typu. Powstaną też magazyny energii, gdzie będzie można „składować” jej nadwyżkę.

Plany zakładają, że budynek zostanie oddany w 2024 roku. Pracami kieruje dr Dariusz Puczko, koordynator przebudowy i koordynator ds. logistyki antarktycznej w Instytucie Biofizyki i Biochemii PAN, który zarządza stacją.

Źródło: naukawpolsce.pap.pl

Autor

Tomasz Rożek

Z wykształcenia jestem fizykiem, a z zawodu dziennikarzem naukowym. Od lat tworzę markę Nauka. To Lubię, a dodatkowo kieruję działem naukowym w tygodniku Gość Niedzielny i współpracuję z wieloma mediami i redakcjami. Jestem szczęśliwym tatą bliźniaków: Zuzi i Janka oraz mężem Ani.
Zobacz również
Biokomputer, czyli.. co?

Biokomputer, czyli.. co?

12.07.2024 7:17

Podcasty NTL